Reklama
  • Wtorek, 25 października 2016 (15:00)

    Macierzyństwo. Nie musimy być idealne

Reklama

Do tego pomysłu podchodziliśmy ostrożnie. Bo jak przekonać czytelniczki, żeby opowiedziały, co ciąża i macierzyństwo zrobiły z ich ciałem? A jeszcze pokazały je na zdjęciach? Te, które się zdecydowały, zrobiły to, bo są... wkurzone. Zakłamanym wizerunkiem matek celebrytek, które tuż po porodzie ćwiczą pod okiem instruktora, a potem pozują w sukienkach rozmiar 36. Przecież nie tak wygląda życie! Po dziewięciu trudnych miesiącach mamy prawo do cellulitu, rozstępów, dodatkowych kilogramów. A powrót do formy często wymaga wytrwałości i dyscypliny. Jak przez niego przejść, zaakceptować zmiany i wciąż lubić swoje ciało, opowiadają cztery odważne mamy.

Aneta, 40 lat. Mama sześcioletniej córki i trzyletniego syna. Nie chce ujawnić imion dzieci.

Och, ja? Będę miała w ciąży modelowy brzuszek, czyli zgrabną piłkę z przodu. Myślałam i przygotowywałam się do tego stanu jak najlepiej umiałam. Chodziłam na jogę, zdrowo jadłam, przed dzieckiem schudłam osiem kilogramów, które po zajściu w ciążę błyskawicznie odzyskałam.

Sama potem, gdy otwierałam lodówkę, żeby zjeść kolejną miskę czereśni, kpiłam z moich wyobrażeń. Niby drobiazg, ale dużo owoców dziennie to mnóstwo kalorii. „Nawet kontener sałaty tuczy” – mówiła znajoma dietetyczka.

Waga przed narodzinami córki pokazywała 23 kilo na plusie. W pracy siadałam do stołu z największymi facetami, żeby nie krępować się tym, ile jem podczas obiadu.

Na porodówkę jechałam prosto z firmy

W obu ciążach byłam aktywna do rozwiązania. Jestem zadaniowcem i tak podeszłam do samego porodu. Postanowiłam nie czytać relacji mam o traumie po urodzeniu dziecka. Założyłam, że wystarczy zdrowe, zadbane ciało, dobra dieta i hormony szczęścia, żeby szybko zapomnieć o trudach.

Powrót do formy? Wiedziałam: nie będzie szybko i łatwo, choć tak przekonywały wymalowane, szczupłe mamy w telewizji. Denerwowały mnie seksowne aktorki, które opowiadały, że ćwiczyły już dwa tygodnie po urodzeniu dziecka i stąd ich fantastyczna forma. Przy pierwszym porodzie bolesna fizjologia dała w kość tylko trochę. Zaskoczyły spuchnięte jak konary nogi, „stopy Froda” i pacjentki, które przy innych kobietach na szpitalnej sali „wietrzyły nacięte krocza”.

Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że choć w internecie jest masa informacji dla matek, nikt nie mówi o wstydliwych konsekwencjach porodu. O tym, jak pierwszy raz po urodzeniu zachować się w toalecie, jak zagoić rany, co się dzieje z naszymi mięśniami dna miednicy.

Trzy lata później znów o świcie jechałam z mężem na porodówkę

Zaspana ginekolożka opóźniała akcję porodową, odwlekała znieczulenie, choć prosiłam o nie od początku. Kiedy na sali wreszcie pojawił się ordynator, natychmiast kazał wieźć mnie na blok operacyjny. Cesarka, krwotok, przetaczanie krwi, osocza, duszący kaszel po znieczuleniu.

Otarliśmy się z synem o śmierć. Podobno wysiłek przy porodzie porównuje się do przebiegnięcia maratonu.

Ja czułam się tak, jakbym tej nocy zdobyła Koronę Ziemi. Myślałam, że to minie. Ale przez osiem dni nie byłam w stanie podnieść się z łóżka, przez kolejne tygodnie najmniejszy wysiłek kończył się zadyszką. „Bliznę po cesarce proszę po prostu zostawić w spokoju” – usłyszałam w szpitalu. Lekarz twierdził, że rana się zagoiła. Ale ona bolała, ciągnęła. Nie mogłam bez przeszywającego bólu kaszlnąć, a co dopiero nosić na rękach dziecko.

Płakałam, jednak zaciskałam zęby. To był moment, kiedy pomyślałam, że w większości kobiety zostawione są same sobie. Lekarz w poradni zbywał mnie, gdy pytałam, dlaczego brzuch wciąż dokucza, czemu nie chudnę, z jakiego powodu czuję się, jakbym wiecznie miała gorączkę. „Nie zostawię tego” – postanowiłam.

Zaczęłam szukać pomocy u innych specjalistów: osteopaty, dietetyka, fizjoterapeuty popołogowego. Wiedza, którą zdobyłam, okazała się ważna, w dodatku większości mam nieznana. Postanowiłam się nią podzielić. Tak narodził się pomysł na własną stronę internetową.

Nazwałam ją Mama i Sport, czyli MIS (czyż każda z nas nie chce czuć się miss?). Zamierzałam wytłumaczyć kobietom, jak fizjologia reaguje na poród i połóg. Co nas czeka w ciąży i po niej, jak sobie pomóc w powrocie do formy? Zawsze byłam silna, szybko mówiłam, chodziłam, działałam. A przez rok po urodzeniu synka czułam, jakby ktoś odłączył mi akumulator. Jak więc miałam iść na bieżnię, gdy dyszałam, wdrapując się po schodach? Jak dbać o wygląd ekstra, gdy czułam się niczym... zwłoki?

Dietetyczka wytłumaczyła mi, że samo zajmowanie się dzieckiem nie zawsze sprawi, że wskazówka wagi drgnie w dół. Konieczne są ćwiczenia, tylko że te kardio czy 300 brzuszków dziennie nie każdej mamie zrobią dobrze. Pod okiem osteopaty zajęłam się pociętym podbrzuszem. Cesarka to nie jest błahy zabieg! W końcu przecina się kilka powłok, tworzą się zrosty, przez które boli nie tylko brzuch, ale też kręgosłup. Nie wiedziałam o tym. Konieczna jest „praca z blizną”, na przykład specjalne masaże, które sprawią, że za kilka lat jazda na rolkach czy bieganie nie będzie problemem. Tak samo z ćwiczeniami dna miednicy. To jest inwestycja w zdrową przyszłość.

Dziś, choć to wszystko wiem, nadal nie mam sylwetki jak z okładek magazynów. Dlaczego? Bo kocham dobre jedzenie, ale jem zdrowo i regularnie. Próbuję też nie zaniedbać sportu. W lustrze widzę optymistkę, nawet gdy boczki wylewają się nad spodniami, a biust...hmm... nie przypomina tego sprzed kilku lat.

Wieczorem czytam dzieciom bajkę, a one kłócą się o miejsce na moim brzuchu. „On jest jak moja poduszeczka” – mości się syn. „Nie, mam za mięciutki brzuszek, chcę, żeby był płaski” – mówię. Ale roztkliwiam się, gdy córka powtarza: „Mamusiu, nie! To przecież domek, w którym mieszkałam”.

Kiedyś na stacji benzynowej sięgnęłam po kilka pism o fitnessie

Kasjerka spojrzała: „To chyba jeszcze nie czas na wycisk” – myślała, że jestem w zaawansowanej ciąży. A synek miał wtedy osiem miesięcy! Miałam też swoją cichą teorię, że wystający brzuch to nie problem diety, ale niechlujnie upchniętych jelit po cesarce. Żartuję z takich sytuacji, bo wiem, że świadomą pracą mogę zbliżyć się do swojego ideału.

Mąż przyzwyczaił się, że jego żona chudnie, tyje, chudnie, a w szafie leżą ubrania od rozmiaru 36/38 do 42/44. Nie pokazał, że moje ciało wydaje mu się obce. Ciąża stała się sprawą nas dwojga, może dlatego nie śmiał niczego insynuować. Nigdy specjalnie nie krępowała mnie nagość, ale cellulit na udach i biodrach owszem. Raz – jest nieapetyczny, dwa – skóra boli przy potrząsaniu.

Jak więc biegać z przyjemnością?

Wybrałam się na ujędrniające zabiegi bańką chińską, które działają lepiej niż najdroższe preparaty. Moje ciało jest teraz bardziej zwarte, choć wciąż chciałabym zrzucić 10–12 kilogramów. Co dziś dla mnie znaczy być atrakcyjną? Czuć się dobrze fizycznie.

Tak jak wtedy, gdy znowu szybko mówię, chodzę, działam skutecznie, a znajomi chwalą, że „daję radę”. Dla mnie seksapil to synonim entuzjazmu, uśmiechu, pewności siebie. Wtedy czuję się miss.

Iwona, 38 lat. Mama Julity, Anity i Tymoteusza

Lustro i ja. Patrzę na siebie nagą. Jest nieźle – od głowy do górnej granicy biustu. Reszta ciała za duża: spora pupa, szerokie uda, piersi w rozmiarze G i fałda nad blizną po cesarskim cięciu są moją słabszą stroną. Uczę się jednak czuć kobieco. Pomimo defektów. Gdy w 2001 roku jako 23-latka zaszłam w ciążę, byłam pewna, że po urodzeniu córki wrócę do formy. Dotąd podobałam się sobie, choć nigdy nie byłam drobna. Ważyłam 78 kilogramów, ale przyzwyczajone do sportu ciało było proporcjonalne, jędrne.

Myślałam: „Ciąża zmieni mój wygląd na chwilę, a potem jak inne kobiety trzy miesiące po porodzie wcisnę się w dżinsy i sukienki sprzed dziecka”. To, co stało się potem, było zaskoczeniem. „A gdzie kształtny brzuch, którym chwalą się w mediach kobiety? Większy, ale nadal jędrny biust? Przecież rozstępów da się uniknąć, wystarczy drogi krem” – myślałam i wklepywałam preparaty. Ale moje ciało odebrało ciążę jak karę.

Przytyłam 28 kilo

Nie folgowałam sobie z jedzeniem, jednak przez komplikacje zdrowotne połowę ciąży musiałam leżeć. Miałam wrażenie, że ośrodek sytości w mózgu całkiem się wyłączył. Po dwóch obiadach nadal byłam głodna. Swędziały biodra, uda, bo rozstępy pojawiały się jeden po drugim. Po narodzinach Julity zobaczyłam w lustrze nieznaną osobę. Płakałam, gdy po tygodniach nadal wyglądałam, jakbym była w szóstym miesiącu ciąży.

Fajny kiedyś biust stał się defektem. Był tak duży, że spanie bez stanika nie wchodziło w grę. Byłam szczęśliwą mamą, żoną, kończyłam dyplom na studiach, pracowałam zawodowo. Na myślenie „ja, kobieta” nie było czasu. Wszyscy zachwycali się: „Piękny dzidziuś, wspaniale być mamą, prawda?”. Szkoda, że nikt nie odważył się powiedzieć: „Idź na spacer, umaluj się, zmień dres na coś kobiecego”. Ja o tym nie myślałam. Nie patrzyłam w lustro, gdy wkładałam bezkształtne ciemne ubrania. Czułam się przezroczysta, nawet gdy mąż spoglądał na mnie z pożądaniem, tęsknił za seksem i sugerował: „może dziś?”.

Nie chciałam, żeby mnie dotykał. „Lubię twoje ciało”, mówił, ale ja uważałam, że to nie może być prawda. Półtora roku po urodzeniu Julity zaszłam w drugą ciążę. Znowu jadłam za dwoje. Waga bezlitośnie pokazywała 100, 110, wreszcie 118 kg. Rozlany kiedyś brzuch był teraz jeszcze większy. „Cesarka w trybie pilnym”, zarządził lekarz w czasie trudnego porodu. Położna wręczyła mężowi jednorazową maszynkę do golenia: „Pan podgoli żonę”, powiedziała, a ja dostałam histerii z upokorzenia. Mąż uspokajał, fizjologia go nie odstraszała. Ostatecznie to położna przygotowała mnie do operacji, ale on został do końca zabiegu i pierwszy przytulił naszą córkę. Blizna po cesarskim cięciu bolała przez rok przy wysiłku, a fałda skóry nad nią została do dziś. Nie podobało mi się moje odbicie w lustrze. Biust jak u 60-latki, zwiotczała skóra. Do tego doszło nadmierne wypadanie włosów. Przez zmiany hormonalne traciłam je garściami, gotowałam w chustkach albo turbanie.

– „Chyba ogolę się na łyso, nie da się uczesać pięciu włosów – myślałam poważnie. – Ja solidarnie razem z tobą” – mówił mąż i wiedziałam, że traktuje serio wypowiadane słowa. Miałam dość swojego ciała, jednak walkę o siebie zaczęłam dopiero w 2008 roku. „Regularny plan treningu, dieta 1200 kalorii, cel: 78 kilogramów” – głośno zadeklarowałam, że tym razem schudnę. Nie było mi łatwo wejść na siłownię pełną szczupłych osób w dobrej formie ani walczyć z głodem. Ale sukces motywował, a mąż wspierał. Waga ruszyła w dół. „Jeśli stracę 10 kilo, pójdę w nagrodę na masaż izometryczny”. Zabieg rozbijania tłuszczu plus dyscyplina z dietą pomogły schudnąć. Po ośmiu miesiącach walki wychodziłam ze sklepu z torbami pełnymi nowych ubrań. Jak w Pretty Woman. Świetnie było mi w ołówkowej spódnicy, w botkach na wysokim obcasie, które wreszcie dopinały się na łydce.

Czarne ubrania-namioty wylądowały w śmietniku. W sypialni odważyłam się na pończochy, seksowny gorset i... eksperymenty. Kolejne cztery lata byłam w dobrej formie, choć mniejszy reżim sprawił, że stopniowo przybyło mi dziesięć kilo. W 2012 roku zaszłam w trzecią ciążę. Już nie buntowałam się, widząc gigantyczny biust, pupę z cellulitem. Marzyliśmy o synu. W tej najtrudniejszej ciąży przytyłam tylko 18 kg dzięki rygorystycznemu lekarzowi, który nie przebierał w słowach, gdy na wizytach stawałam na wadze. Ale i tak kolejne kilogramy źle wpływały na moje stawy. Skręcone kiedyś kolano odmówiło współpracy. „Trwałe zniszczenie stawu kolanowego, konieczna operacja” – lekarz straszył endoprotezą. Po zabiegu z komplikacjami przez pięć miesięcy leżałam w łóżku. Tymoteusza znów rodziliśmy razem z mężem, który mimo mojego skrępowania widział „wszystko”.

Nie wróciłam jeszcze do formy i nie mam planu jak być fit

Poruszam się o kulach, każdy krok sprawia mi ból. Ale naprawdę najbardziej liczy się to, że mam troje zdrowych dzieci i męża, który od 15 lat daje mi wspaniałe dowody miłości. Po trzech porodach trzeba nauczyć się seksu od nowa. Doceniam jego dojrzałą cierpliwość, gdy w sypialni namawia mnie do ekscesów, a ja mówię „nie”. Na to nie czuję się gotowa, choć ważne jest, że nadal wzajemnie się sobie podobamy. Zresztą teraz można kupić ekstrabieliznę, ponętne koszulki w rozmiarze 46 i czuć się sexy. Czułość, przytulanie dają mi poczucie pełni kobiecości.

Gdy Tymek przykleja się do mnie i mówi: „mama jest piękna”, myślę, że moje ciało to źródło najwspanialszej miękkości. Nastoletnie córki pewnie chciałyby, żeby ich matka była bardziej na pokaz, ale nigdy nie usłyszałam od nich okrutnej krytyki. „Jak będziesz na diecie, chcę być z tobą” – uśmiecha się starsza z dziewczyn. Martwię się, że wszechobecna obsesja chudości i idealnego ciała spaczy ich ogląd świata. Na szczęście widzą uśmiechniętą mamę w rozmiarze XXL. Gdy oglądam na Instagramie zdjęcia matek, które sześć tygodni po porodzie chwalą się „kaloryferem” na brzuchu, myślę o chorej presji wyglądu. Upowszechnianie wizerunku chudych, wysportowanych, często nienaturalnych modelek to nabijanie kobiet w butelkę. Oczywiście można się katować dietą, ćwiczeniami, ale do tego trzeba dorosnąć. Nie każda z nas jest przebojowa, nie każdą stać na drogi strój do fitnessu i neonowe adidasy. Znam mnóstwo mam, które onieśmiela fakt pokazania się w skromnym dresie na siłowni wśród wystrojonych dziewczyn. Mnie przez wiele lat peszyła nie tylko nadwaga ale też – mówiąc wprost – brak kontroli nad pęcherzem.

Dlaczego tak mało się mówi o tym, że po porodach mięśnie dna miednicy rozluźniają się?

Owszem, to da się leczyć ćwiczeniami, farmakologią czy operacyjnie, ale prawda jest taka, że kobiety wstydzą się o tym mówić. A trzeba nie tylko mówić, ale też o to zadbać. Jeśli tego nie zrobię w przyszłości, podbiegnięcie do autobusu, kaszel czy najmniejszy wysiłek mogą skończyć się wstydliwą sytuacją.

Dziś, po trzech ciążach, wreszcie czuję swoje ciało. Noszę kolorowe sukienki, odkrywam ramiona, lubię swoją twarz. Są rzeczy ważniejsze niż rozstępy i nadwaga. Dla moich bliskich jestem ważna i kochana. Bycie mamą, żoną jest najfajniejszym, co mnie spotkało i dopełniło. Nawet jeśli ta pełnia oznacza 100 kilogramów.

Marta, 28 lat. Julkę urodziła w wieku 22 lat. Syn Iwo ma trzy miesiące.

Znam uczucie wiecznego głodu. 11 lat temu pracowałam w znanej agencji modelek. Na zdjęciach z tamtego okresu widzę dziewczynę z silnie zarysowanymi mięśniami, z mikrym biustem. „57 kilo, musisz jeszcze zrzucić” – słyszałam, choć przy wzroście 177 centymetrów to niemal niemożliwe. Byłam chuda, ale i tak walczyłam z nie dość płaskim brzuszkiem, więc byłam na diecie.

Marzyliśmy z mężem o dziecku

Kiedy okazało się, że jestem w ciąży, zwolniłam tempo. Córka była najważniejsza, więc i ja musiałam dobrze się czuć. „Dość katorgi” – uznałam, że to jest wyjątkowy czas, a organizm będzie wiedział, co robić. Jeśli nabierze dodatkowych kilogramów, to znaczy, że tego potrzebuje. Jadłam. Pizzę, czekoladę, kluski. „Trudno, praca nad ciałem przede mną”, myślałam, zamawiając pięć kulek lodów pistacjowych. 26 dodatkowych kilogramów lekko mnie przeraziło, ale wierzyłam, że wrócę do formy. Cieszyłam się, gdy biust zwiększył się o dwa rozmiary.

Zniknęły wystające kości obojczykowe, buzia się zaokrągliła. „Taka mamuśka ze mnie”, uśmiechałam się do siebie. Ze szpitala wychodziłam w crocksach, bo spuchnięte stopy nie mieściły się w żadne buty. Wzięłam się za siebie. 500 brzuszków dziennie, rower stacjonarny i bieganie pomogły wrócić do rozmiaru 38. Ale spodnie zatrzymywały się na biodrach, nie mieściłam się w dopasowane sukienki. Brzuch? Żył własnym życiem. Nie było mi łatwo. Fałdy ukrywałam pod luźnym ubraniem, wolałam się kochać przy zgaszonym świetle.

Przekonanie, że jestem nieatrakcyjna, było w mojej głowie. „O Jezu, jaki grubas”, surowo się oceniałam. Dziś myślę, że przy pierwszym dziecku za mocno skupiałam się na wyglądzie. Powoli jednak docierało do mnie, że szczęście nie zależy od rozmiaru. Moje ciało, szczupłe czy pełniejsze, jędrne czy wiotkie, jest przede wszystkim potrzebne bliskim. Dziś córka gramoli się na kolana i wtula każdym centymetrem. A mąż patrzy z podziwem, gdy wracam do formy, i teraz, kiedy jestem zaokrąglona. Dbam o ciało, przed drugą ciążą znów byłam fit, jednak hormony, wysiłek jakim jest dawanie życia, robiły swoje. I tak sobie tłumaczyłam zmiany: rozstępy, wodny cellulit, który opanował pupę i uda. Dziś, trzy miesiące po urodzeniu Iwo, mój brzuch jest rozlazły i galaretowaty jak nigdy. Trochę obcy, jednak traktuję go z czułością, tak jak resztę swojego ciała. Zwłaszcza że mąż łapie mnie za pupę i zachwyca się: „Ale fajny brazylijski tyłek”.

Badania dowodzą, że większości facetów podobają się rozbudowane biodra, piersi, a nie androgyniczne dziewczynki! Czuję się więc kobieca, seksowna

Nie ćwiczę intensywnie jak po urodzeniu Julki. Większość dnia noszę synka w chuście. Kocha być na moich piersiach, a ja lubię widok naszej „sklejonej” dwójki. We trójkę też jest wspaniale. Gdy Iwo zasypia na moim brzuchu, Julka rywalizuje z nim o miejsce. Jest w tym coś atawistycznie pięknego – czułość, bliskość. A że na plaży nie mogę wskoczyć w skąpe bikini? Znalazłam jednoczęściowy kostium, cellulit na pupie i udach ukryłam pod pareo. Widok nastoletnich chudzin nad morzem nie wpędza mnie w poczucie winy. Sama się dziwię, że tak zmieniło się moje podejście. Zresetowałam wizję samej siebie.

Moje „być albo nie być” to dziś miłość do męża i dzieci, a nie płaski brzuch. Choć oczywiście miło byłoby, gdybym nie wyglądała jak w czwartym miesiącu ciąży. Wrócę do ćwiczeń, bo chcę się czuć dobrze, zdrowo. Może znajdę czas na zabiegi mezoterapią mikroigłową? Podobno cellulit trochę wtedy znika, jest też szansa na redukcję tkanki tłuszczowej. Dbam o manikiur, pedikiur, lśniące włosy. Jestem uśmiechnięta, mniej nerwowa, pewniejsza siebie. Czy to nie składowe seksapilu? Widzę Martę matkę, kobietę, czasem kusicielkę. Dlatego irytuje mnie presja wobec mam, żeby po dziecku miały wymiary Barbie. Ktoś stwierdził, że gdyby kobieta miała proporcje takie jak ta lalka, nie ustałaby na nogach. Ciąża, macierzyństwo i związane z tym koszty to dawanie życia. Sam wygląd w budowaniu prawdziwych relacji nie jest aż tak istotny.

Karolina, 34 lata. Mama siedmioletniego Franka i czteroletniej Basi.

Właśnie że kupię sobie dwuczęściowy kostium! W te wakacje, pierwszy raz po dziewięciu latach, odważyłam się nie chować w jednoczęściowym pancerzu. Majtki z wysokim stanem zakryły zbyt obfity brzuch, a mąż zaniemówił z zachwytu, widząc moje piersi w dobrze skrojonym staniku. Z miską F! Po dwóch ciążach uczę się je lubić. Nie jest łatwo. Już w podstawówce koledzy robili żarty z mojego rozmiaru C, więc zaczęłam traktować biust jak wroga.

Gdy po ciążach stał się naprawdę wielki, myślałam o operacji plastycznej. A mąż nawet wczoraj napisał w sms-ie, że nie zamieniłby moich piersi na te „sprzed”. Adam rozbiera mnie wzrokiem. Powtarza: „Ależ ty masz dekolt”. Po dwóch ciążach zostało mi pięć kilo nadwagi. Teraz to tylko pięć. Kiedyś aż!

Zamykałam się w łazience i płakałam z ich powodu

Mój stosunek do wagi jest neutralny. Gdy siedem lat temu spojrzałam na siebie zaraz po porodzie Franka, stwierdziłam: „Nie ma wstydu”. Macica się obkurczyła, karmiłam piersią, pół roku później wyglądałam jak kiedyś. Basia urodziła się, gdy miałam 31 lat. Organizm tym razem wystawił rachunek za 25 kilogramów, które przytyłam. Po kilku miesiącach zostało mi sześć dodatkowych. Odwracałam wzrok w łazience, gdy widziałam w lustrze luźną skórę. Gigantyczne piersi „patrzyły” smutno w dół. Niczym wariatka rozmawiałam z rozlazłym brzuchem: „ty kisielowata fałdo, jak ja cię nienawidzę!”.

Nie chciało mi się o siebie starać

Ubierałam się w byle co, odpuściłam makijaż. Mijając ludzi na ulicy, wbijałam wzrok w ziemię, byle nie zobaczyć w ich spojrzeniu zdziwienia: „jaka brzydula”. Mąż nie naciskał, żebym wzięła się za siebie, raczej łagodnie namawiał na spacer, proponował: „Kupimy ci ładną kieckę”. Ale ja byłam tak zmęczona sobą, że nie miałam siły, by cokolwiek zmienić.

Aż przypadkiem usłyszałam komentarz: „Coś ty ze sobą zrobiła?!”. To był mój ulubiony fryzjer. Obejrzał mnie od stóp do głów i jeszcze tego samego dnia obciął nijakie włosy. Dzięki seksownej fryzurze poczułam się lekko. Już wiedziałam, że się ogarnę. Schudłam może ze trzy kilo, ale z furią wyniosłam do piwnicy bezkształtne ubrania.

Zaczęłam bawić się modą

Dziś chodzę w czerwonych sukienkach z dekoltem V i z marszczeniami wokół talii. Pokochałam tuniki, spodnie z wysokim stanem. Wiem, że obcasy podnoszą pupę, a ubrana w jeden kolor wyglądam smuklej. Lubię swoją blond fryzurkę i smukłe łydki, więc je pokazuję. A mąż po 14 latach związku uroczo okazuje zazdrość.

Prawda jest taka, że uczyliśmy się seksu od nowa. Godziny rozmów w nocy, żadnej presji, a gdy powiedziałam, że czuję się jak przy pierwszym razie, Adam przytulił mnie. Dla niego to ja byłam priorytetem. Niekoniecznie od razu miałam ochotę uwodzić go karminowymi ustami i bielizną. Miłość zaczynała się w głowie.

Zrozumiałam, że frajda i orgazm oczywiście są ważne, ale bardziej łączy nas więź. Dzięki dzieciom nasze małżeństwo to już inna bajka – o dojrzałości i odpowiedzialności za całą czwórkę. To właśnie miłość.

Nikt mnie nie uprzedził, że proces polubienia ciała po ciąży to taka sama batalia jak nauka bycia dobrą mamą. To trwa do dziś. Fajnie, żeby wiedziały o tym kobiety. Najpierw były łzy.

Nie godziłam się, że wyglądam jak wieloryb. Potem spocona ćwiczyłam turbospalanie przy płycie DVD. Nieregularnie, więc efekty były marne. Próbowałam zaakceptować myśl: „Urodziłaś dzieci, jesteś szczęśliwą mamą, żoną” – ale to było za mało, by polubić swoje odbicie w lustrze.

Wreszcie weszłam w fazę rezygnacji: „No cóż, chyba mi się nie uda”. Aż nagle pogadałam ze sobą szczerze: „Po prostu jesteś leniuchem, a tłumaczysz swoją bezczynność zabieganiem, obowiązkami, pracą, chęcią spędzania czasu z dziećmi” Poczułam ulgę.

Tak, pójdę do dietetyka, tak – może kupię karnet na siłownię. A może nie, bo w opiętej sukience jakoś zaczęłam się sobie podobać. Po dwóch ciążach dla niektórych mężczyzn stałam się niezauważalna. Oni też są dla mnie niewidoczni, bo jest mój Adam. Wiem, że przed lustrem zawsze coś będzie „nie halo”. I właśnie zgoda na to uwolniła mnie od obsesji wyglądu.

Wysłuchała Marta Bednarska

Zobacz również

  • Niedobór substancji odżywczych może zaszkodzić zarówno karmiącej mamie, jak i dziecku. Są jednak sposoby na to, by do tego nie dopuścić. Tekst: Lucyna Pianko więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.